Kate otworzyła oczy. Nie zobaczyła Cynthi, lecz Alice. Kobieta pochylała się nad nią lekko i patrzyła na nią z szerokim uśmiechem, ale i zaniepokojeniem na twarzy. Dziewczyna potrząsnęła lekko głową i pomasowała skronie dłońmi.
- Nie martw się. Zawsze po przemianie boli głowa... - powiedziała pocieszająco Alice. - Jak się czujesz?
Kate nie odpowiedziała od razu. Rozejrzała się dookoła. Wszyscy się na nią gapili, jak na stos studolarówek, uśmiechając się do niej. Przypomniało jej się o jej talencie. Popatrzyła z powrotem na Alice. Nie mogła nic powiedzieć. Gardło strasznie ją bolało. Zachciało jej się pić. Wstała i ruszyła w kierunku kuchni. Wody! Nalała sobie pełną szklankę i szybko ją wypiła. Teraz lepiej.
Na prawdę nie było w tym pokoju osoby, która by jej się nie przyglądała. Jack stał oparty o kominek. W jego oczach zauważyła troskę i strach. Podeszła do niego i przytuliła się do niego. Pewnie myśleli, że jest zła, zawiedziona, rozdarta. Nie. Tak naprawdę miała ochotę skakać, tańczyć i krzyczeć, ale nie miała na to siły.
Zauważyła, że Alice i Chelsea zbliżają się w ich kierunku. Ta druga położyła swoją dłoń na jej ramieniu i spojrzała jej w oczy.
- Kate, słyszysz mnie? Dobrze się czujesz? - zapytała zaniepokojonym tonem.
- Tak. - wychrypiała dziewczyna i złapała się za gardło. Strasznie bolało.
Alice odetchnęła i wzięła dziewczynę w objęcia.
- Już zaczynałam się bać, Kate! - powiedziała z ulgą. - Nie strasz mnie więcej!
Nagłe ukłucie bólu zwaliło ją z nóg. Wpadła w ramiona Jacka. Patrzyła na nią z przerażeniem i szeptał jej imię. Poczuła się strasznie zmęczona. Co się ze mną dzieje?
- Ciociu? - Jack spojrzał pytająco na ciotkę.
- Myślę, że nic jej nie jest. Po prostu przemiana jest strasznie wyczerpująca. Powinna położyć się spać. - odpowiedziała spokojnie.
- Zgadzam się z Alice. - powiedziała Chelsea i odeszła.
Po chwili czarownica wróciła ze szklanką wody. Przykucnęła obok niej i gestem wskazała ją Kate.
Tak, chcę. Bardzo.
Kobieta popatrzyła na nią dziwnie i podała szklankę Jackowi. Wstała szybko i odeszła na swoje stare miejsce - bujany fotel.
Kate zauważyła, że pomimo zmęczenia, ciągle może używać swojego talentu. Wspaniale!
Jack podał jej trochę wody i uśmiechnął się do niej. Chciała go odwzajemnić, ale nie mogła. Oczy zaczęły jej się zamykać. Nie miała siły na rozmowę ani tak proste gesty. Nagle przypomniał jej się Alex. Otworzyła szeroko oczy. Była już w innym pomieszczeniu. To pokój, gdzie nocował Jack. Rozejrzała się dookoła. Pokój był pusty. Jack pewnie wrócił już do reszty - myślał, że zasnęła.
Jack! Jack!
Miała nadzieję, że talent jej nie zawiedzie i sprowadzi tu Jacka z powrotem. Lecz coś było nie tak. Gdy przekazywała wiadomość Aleksowi, ten od razu odpowiadał. Teraz nie słyszała nic, żadne odpowiedzi od kilku minut.
Jack, to ja Kate. Przyjdź na górę!
To musiało się udać. Jak to byłby talent jeśli mogłaby porozumieć się tylko z Aleksem. Prychnęła i spróbowała jeszcze kilka razy. Już prawie zasypiała, gdy usłyszała otwierające się drzwi. Spojrzała w ich kierunku i ujrzała Jacka. W kilka sekund znalazł się tuż obok niej, ściskając jej rękę.
- Jak to zrobiłaś? Słyszałem cię, w mojej głowie. - powiedział mocno zdziwiony.
Nie teraz, nie ma czasu. Jestem strasznie zmęczona.
- Więc o co chodzi? Po co mnie tu przywołałaś?
Alex żyje. Słyszałam go, a on mnie. Rozmawialiśmy... W pewnym sensie.
Oczy chłopaka rozświetliły się w nadziei. Pocałował ją w czoło i szepnął.
- Dziękuję. - patrzył na nią z miłością, ciągle śmiejąc się do niej. - Tak bardzo się cieszę, dziękuję!
Kate uśmiechnęła się i zamknęła powoli oczy.
- Śpij kochanie, śpij. - szepnął i wybiegł z pokoju.
Dziewczyna od razu zasnęła. Zmęczenie zniknęło. Zastąpiła je błogość i stan podobny do tego, który czuła podczas przemiany. Jakby zawisła pomiędzy dwoma światami, jakby nie posiadała ciała. Jakby była niczym.
Peter stanął przed wielkimi wrotami do sali Eve. Powiedział strażnikom, o tym że matka go wzywała. Wpuścili go z takimi minami, jakby mieli go zaraz zabić. Spojrzał na nich niedbale i szarpnięciem otworzył wrota.
Eve siedziała na środku sali na obszernym fotelu, który nazywała tronem. Peter zaśmiał się w duszy. Idiotyzm. Kobieta miała zamknięte oczy. Głowę podparła rękę. Wyglądała jakby rozmyślała nad czymś bardzo ważnym. Może i wzbudzała szacunek, ale on nauczył się jej przeciwstawiać już dawno.
Odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Eve ani drgnęła. Począł więc rozglądać się po wnętrzu. Było staroświeckie, jakby panowało obecnie średniowiecze. W końcu był w zamku. Okna nie były zbyt duże, dlatego pomieszczenie nie było zbyt mocno oświetlone. Na grubym murach wisiały różne dzieła sztuki. Chłopak zastanawiał się czy są to oryginały, czy reprodukcje. Naprawdę nie zdziwiłby się, gdyby yły to oryginały.
Od drzwi, którymi wszedł do środka, aż do 'tronu' Eve, rozłożony był czerwony, perski dywan. Po jego prawej stronie rozciągał się szereg krzeseł. Nie wiadomo do czego potrzebny, ale był. Obok miejsca gdzie siedziała stał dość duży stół. Na nim ułożono tace pełne jedzenia. Oczywiście nie tkniętego.
Peter popatrzył na nią z pogardą i prychnął.
- Peter! - powiedziała nagle Eve. - Nie zauważyłam cię, synu. - szepnęła i wstała, wyciągając ręce w jego stronę.
W to akurat nie mógł uwierzyć.
By zachować pozory posłusznego syna podszedł do niej i uścisnął.
- Witaj, mamo. - powiedział i ucałował kobietę w czoło.
Eve rozpromieniła się i z powrotem usiadła. Przyglądała mu się cały czas. Chłopak wskazał na krzesło, a ona przytaknęła. Peter usiadł, rozejrzał się dookoła, zatrzymując wzrok na twarzy matki.
- Wzywałaś mnie. - powiedział cicho.
- Tak, tak. Chciałam cię o czymś poinformować. - szepnęła.
Dłonią odgarnęła rude włosy na plecy. Po chwili ciszy wstała i podeszła do stołu pełnego jedzenia. Nalała sobie czerwonego wina i wzięła kieliszek do ręki. Eve zaczęła chodzić po pomieszczeniu, zatrzymując się co chwila by upić łyk trunku, lub by przyjrzeć się jakiemuś obrazowi.
Już miał zapytać o ich autentyczność, kiedy kobieta odezwała się.
- Byłeś dziś u tego zabójcy?
- Chodzi ci o Aleksa, matko? - zapytał niepewnie, dopiero po chwili przypominając sobie, że nigdy nie mówiła mu jak ma ona na imię.
- Tak. - spojrzała na niego podejrzanie, lecz po chwili ruszyła dalej. - Powiedział coś wreszcie? Coś o Jacku?
- Nie, przykro mi. - odpowiedział z udawanym smutkiem. - Tak bardzo mi przykro, że znów cię zawiodłem.
- Synu, nigdy mnie nie zawiodłeś. Po prostu... musisz się jeszcze dużo nauczyć. - uśmiechnęła się i upiła łyk wina. - Niedługo to się skończy.
Peter szeroko otworzył oczy i podążył wzrokiem za Eve.
- Co to znaczy? - zapytał lekko przerażony.
- Jutro umrze. Wreszcie się go pozbędę. - powiedziała, śmiejąc się. - Zrobimy to w mój ulubiony sposób!
Chłopak przełknął powoli ślinę i ukrył twarz w dłoniach.
- Oczywiście nie powiedział czy to on naprawdę zabił Aleca, czy Jack, ale nic się nie stanie jeśli umrze. I Jack także.
- Co?! - krzyknął.
Zmiennokształtny wstał i podszedł do matki.
- Dlaczego chcesz zabić tego chłopaka? Przecież wampir przyznał się do winy. - powiedział niemal błagalnym tonem.
- Nie ufam mu, więc chłopaka także zabiję. Masz z tym jakiś problem? - zapytała stanowczo i spojrzała mu w oczy.
- Nie matko nie mam. - odpowiedział poważnie, zachowując pozory.
Odwrócił się gwałtownie i ruszył w stronę drzwi. Już chciał otworzyć drzwi, ale zatrzymał go głos Eve.
- Gdzie idziesz?
- Nie wiem. Pójdę sprawdzić strażników, zacznę przygotowania do jutrzejszego dnia. Może jeszcze trochę przycisnę tego nędznego wampirka. - prychnął i zapytał jeszcze: - Chcesz to zrobić w ten sam zwyczajowy sposób?
- Tak. Jutro po zmierzchu Aleksander Cooper zawiśnie na szubienicy. Na środku rynku. Następnie spalę jego zwłoki. Starym, sprawdzonym sposobem. To zawsze działa.
- Dobry wybór, matko. - szepnął i wybiegł z pomieszczenia zatrzaskując za sobą drzwi.
Biegł jak najszybciej mógł. Kiedy napotykał na swojej drodze ludzi, albo jakieś istoty magiczne zmieniał kształt - jak to zmiennokształtny. Całą drogę myślał nad tym co teraz z Aleksem zrobią. Jak go uwolnią. Jak zdążą zrobić to przed jutrzejszym dniem. Stojąc pod drzwiami jego celi prawie pozwolił na to, żeby z jego oczu popłynęły łzy. Nie znał Aleksa długo, ale Peter bardzo szybko się przywiązywał, a zwłaszcza do tak dobrych osób jak on. Ten wampir zmienił jego pogląd na życie.
Zapukał w charakterystyczny do niego sposób i szybko wpadł do środka. Alex stał oparty o ścianę na przeciwko drzwi. Oczy miał zamknięte a dłonie przyciskał do skroni.
- Nadal nic nie usłyszałem. nie wiem co się dzieje. - powiedział zaniepokojony.
- Spokojnie. Mówiłeś, że ona jest po przemianie w czarownicę, tak? - zapytał zaintrygowany.
- Tak.
- To wszystko jasne. Byłem kiedyś przy takiej przemianie. Kobiety są wtedy strasznie wyczerpane. Moga naprawdę długo odzyskiwać siły.
Wampir odetchnął z ulgą i popatrzył na Petera.
- Wyglądasz dziwnie. - stwierdził.
- Yyy... Musiałem kilka razy zmienić kształt. Rozumiesz...
- Nie rozumiem, ale mogę sobie to wyobrazić. - zaśmiał się.
Zmiennokształtny zupełnie nie wiedział jak powiedzieć mu o wyroku, który zapadł przed chwilą. Peter podszedł do Aleksa i spojrzał mu w oczy.
- Naprawdę mi przykro, ale chyba nie zdołam ci pomóc.
Wampir obruszył się. Spojrzał na niego, jakby patrzył na kompletnego idiotę.
- Czy ty wiesz co ty mówisz i do kogo? Ja jestem Aleksander Cooper. - Peter poczuł dziwne uczucie deja vu. - Ja przeżyję wszystko. Damy radę uciec i jeszcze się zemścimy. - powiedział z uśmiechem.
- Wiem kim jesteś i czego dokonałeś, ale teraz nam się nie uda.
- Dlaczego? - zapytał lekko zdenerwowany.
- Ponieważ wyrok już zapadł. Jutro tuż po zmierzchu, na rynku, twoje ciało zawiśnie na szubienicy, a następnie zostanie spalone.
Alex przełknął głośno ślinę i upadł na kolana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz