O PÓŁNOCY

O PÓŁNOCY

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział trzydziesty pierwszy.

   Jack siedział w salonie ciotki i obserwował rozmawiające ze sobą kobiety. Wszystkie razem tworzyły mały tłum. Siedziały tu Alice i Kate, trzy stare znajome Alice i ich dwie koleżanki hybrydy, a przed chwilą dołączyła do nich także Chelsea. Ciągle rozmawiały o dzisiejszej przemianie Kate i nie dawały mu dojść do głosu. Po kilku nieudanych próbach, poddał się i usiadł przy oknie. Nagle wpadło mu coś do głowy. Jakże mógł o tym zapomnieć! Rozejrzał się po pokoju i postanowił, że musi to załatwić jeszcze przed przemianą Kate. Na pewno zdąży.
   Wstał i już chciał wyjść z domu, ale przypomniało mu się jeszcze o Bruno. Wspiął się szybko na górę po schodach i skierował się w stronę pokoju chłopaka. Zapukał cicho i otworzył drzwi. Bruno siedział na łóżku, odwrócony do drzwi plecami. W palcach obracał jakiś przedmiot, połyskujący w promieniach porannego Słońca. Jack odchrząknął i podszedł powoli do chłopaka. Kiedy tylko usłyszał, że ktoś jest w pokoju schował przedmiot pod poduszkę i obejrzał się przez ramię.
   - A to ty, Jack... - powiedział lekko zakłopotany.
   Wstał i rozejrzał się po pokoju. Popatrzył na wilkołaka i uśmiechnął się.
   - Przyszedłem, bo... Na dole odbywa się mały sabat. - zaśmiał się. - Jedna z nich dopiero stanie się czarownicą, a dwie kolejne są hybrydami, ale czarownic i tak jest więcej! Aż pięć.
   Gdy Jack wspomniał o jakichś hybrydach chłopak potrząsnął głową i spuścił wzrok.
   - Bruno... - zaczął Jack i podszedł do niego. Położył swoją dłoń na jego ramieniu. - Wiem, że istoty magiczne wyrządziły wiele zła w twoim życiu, i zgadzam się z tobą, że jest to nie wybaczalne, ale... nie możesz uważać całej reszty za równie złych. Poznałeś Alice i Chelsee, Alexa, a także mnie. - powiedział do chłopaka. - Chcemy pomóc Aleksowi i ty także... Ale ty chcesz także pozbyć się tych, którzy cię skrzywdzili. Myślisz, że tylko ty tego chcesz? - zapytał go. Chłopak popatrzył na niego i pokiwał lekko głową z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. - Mylisz się. Posłuchaj, na początku było świetnie. Eve była moim najlepszym sprzymierzeńcem. Pomagała mi, ale o wielu rzeczach mi nie mówiła. Kiedy spotkałem Aleksa dużo się zmieniło. Dużo się o niej dowiedziałem, a teraz ona chce go zabić. Taka ona jest. I nie popuszczę dopóki nie wygram z nią i z jej armią. Ale aby wygrać potrzebuję też swojej armii. Dlatego chcę cię prosić o pomoc. Pomożesz mi, Bruno? Pomożesz mi zakończyć ten terror, który ona prowadzi?
   Chłopak popatrzył Jackowi w oczy. Przez chwilę patrzył na wilkołaka jak na idiotę i Jack pomyślał, że Bruno chyba źle zrozumiał jego słowa, ale po chwili chłopak odezwał się:
   - Jack, czy ty oszalałeś? Pytasz czy ci pomogę? - prychnął i spojrzał mu znów w oczy, uśmiechając się. - Zadałeś najgłupsze pytanie świata! No jasne, że ci pomogę! - krzyknął i przybił piątkę z Jackiem.
   Bruno i Jack rozmawiali jeszcze przez chwilę. Jacka strasznie ciekawił tajemniczy przedmiot, schowany przez chłopaka pod poduszką. Nie chciał się narzucać, więc nie pytał. Stwierdził, że jeśli byłoby to bardzo ważne Bruno powiedziałby mu o tym.
   Opowiedział mu o tym co dzieje się w salonie i ostrzegł przed kobietami żartobliwie.
   - Słuchaj Bruno, ja muszę wyjść. Mam pewną sprawę do załatwienia. Gdy zejdziesz na dół powiedz im tylko, że wyszedłem... pobiegać i się rozejrzeć po okolicy, ok?
   Chłopak pokiwał głową z uśmiechem i spojrzał na Jacka.
   - To niebezpieczne? - zapytał.
   - Nie, raczej nie. Ale strasznie się tego boję.
   Jack wyskoczył z okna i pobiegł szybko, nie oglądając się za siebie. Kazał Brunowi zamknąć za nim okno i czekać na jego przybycie z przemianą Kate. Ta sprawa na prawdę nie cierpiała zwłoki.




   Caroline siedział przy stole w jej małej kuchni. W ręku trzymała kubek z gorącą kawą. W pomieszczeniu było strasznie ciemno, mimo, że była dopiero jedenasta rano. To wszystko za sprawą zachmurzonego nieba i deszczu. Nienawidziła takiej pogody, ale w miejscu gdzie mieszkała, w Seattle, taka pogoda to prawie codzienność. Słońce wychodziło tu zza chmur bardzo rzadko i na bardzo krótko. Kobieta zdołowana wzięła łyk gorzkiej kawy. Poparzyła sobie lekko język i skrzywiła się. Odstawiła kubek na stół i zaczęła wyglądać za okno.
   Ciągle czekała, aż wróci Jack. Pokłóciła się z nim, ale nie wiedziała, że zrozumie to na tyle poważnie, że wyprowadzi się do Alice. Jak mogła do tego dopuścić. Ten chłopak stracił ojca, kiedy był dzieckiem, a teraz powoli oddala się od matki. Postanowiła, że jeśli nie wróci do jutra - pojedzie do domu Alice i z nim porozmawia. Podczas ich kłótni powiedział,  że wpakował się w jakieś kłopoty, ale nie może jej o nich powiedzieć. Była bardzo ciekawa o co chodzi. Tak bardzo chciała mu pomóc.
   Popatrzyła na zegarek. Czas płynął bardzo wolno. Dopiero za trzy godziny będzie musiała pojechać po Claire do szkoły. Tymczasem będzie musiała zająć się sobą. Westchnęła i wstała od stołu, i jak na zawołanie, ktoś zadzwonił do drzwi. Wyjrzała przez okno. Na podjeździe nie było żadnego samochodu. Zdziwiła się. Ruszyła w stronę drzwi. Znów usłyszała dźwięk dzwonka.
   - Idę, już idę! - krzyknęła.
   Powoli przekręciła klucz w zamku i uchyliła lekko drzwi. Jej ciemnobrązowe oczy rozbłysły. Otworzyła drzwi do końca i próbowała coś powiedzieć. Za drzwiami ukazała jej się twarz jej syna. Chłopak stał wyprostowany, z głową zwieszoną w dół. Jedną ręką opierał się o framugę drzwi. Z jego krótko przystrzyżonych, czarnych włosów kapały kropelki deszczu. Caroline nie zauważyła, żeby miał ze sobą parasol, albo coś innego co mogłoby go ochronić przed deszczem.Był cały przemoczony, ale nic nie mówił.
   Po krótkiej chwili spojrzał na matkę. Jego twarz wyrażała ból i wstyd. Nie chciał jej spojrzeć w oczy i co chwilę uciekał gdzieś wzrokiem. W końcu zdobył się na krótkie spojrzenie.
   - Przepraszam. - wyszeptał.
   Caroline wybiegła z korytarza i przytuliła syna. Chłopak odwzajemnił uścisk. Kobieta poczuła kilka kropel deszczu spadających na jej ubranie i włosy. Zacisnęła mocno powieki, aby nie zacząć płakać. Tak bardzo się o niego bała. Otworzyła oczy i stali już w korytarzu. Zmrużyła lekko oczy i uświadomiła sobie, że Jack unosi ją w powietrzu. Położył ją bezpiecznie na ziemi i zamknął drzwi. W jego oczach lśniły łzy. Z resztą w jej także. Popatrzyła na syna i pogładziła go dłonią po policzku.
   - Tak bardzo się o ciebie martwiłam, Jack. - łzy popłynęły jej po policzkach.
   - Przepraszam. - powtórzył Jack i zacisnął powieki.
   - Nie przepraszaj, Jack. Już wszystko w porządku. Najważniejsze jest to, że jesteś cały i zdrowy. - uśmiechnęła się do niego i dotknęła jego bluzy. Zmarszczyła brwi. - Całą drogę przeszedłeś tylko w tej bluzie? Przecież jest cała przemoknięta! Biegnij na górę się przebrać, a ja zrobię ci szybko gorącej herbaty! No szybko, szybko! - powiedziała i ruszyła do kuchni, ocierając łzy.
   Odwróciła się, ale Jacka już nie było. Pomyślała, że musi być bardzo szybki i sprawny, skoro już go tu nie ma. Wzruszyła ramionami i weszła do kuchni. Nalała wody do czajnika i postawiła go na starej, wysłużonej kuchence. Poszykowała ulubiony kubek Jacka i czekała, aż woda się zagotuje. Podeszła do małego lusterka i poprawiła niesforne, ciemnobrązowe loki. Przypomniało jej się o ciastkach, które kupiła wczoraj. Wyjęła je na talerzyk i postawiła na stole. Usiadła na chwilę przy stole i uśmiechała się sama do siebie. Czajnik zagwizdał tak głośno i niespodziewanie, że Caroline podskoczyła na krześle. Zalała szybko herbatę i postawiła ją obok talerza z ciastkami. Popatrzyła na schody. Jack jeszcze nie schodził. Ponownie usiadła i czekała w ciszy. Obserwowała kropelki deszczu spływające po szybkie.
   Nagle usłyszała bardzo ciche kroki syna na schodach.
   - Zrobiłam ci herbatę i przypomniało mi się o ciasteczkach, które kupiłam wczoraj. To ulubione ciastka Claire. - powiedziała z uśmiechem.
   Kiedy spojrzała w jego stronę chłopak rzucał właśnie niewielką torbę na dywan w korytarzu. Rzucił ją specjalnie, tak aby matka nie zauważyła. Nie udało mu się. Kobieta wstała. Stała się blada jak ściana i patrzyła na torbę.
   - Mamo, nie denerwuj się. Nigdzie nie wyjeżdżam. Ja tylko na kilka dni zamieszkam u cioci, ale nie na długo. Obiecuję. - powiedział lekko zakłopotany.
   Chłopak podszedł do matki i złapał ją za rękę. Caroline uśmiechnęła się i popatrzyła mu w oczy.
   - No dobrze, ale teraz mi wytłumacz wszystko. Wiem, że nie było cie w szkole, więc powiedz gdzie byłeś?
   Usiedli przy stole i Jack zaczął mówić:
   - Posłuchaj, to ciągnie się już kilka dni, ale muszę ci o tym powiedzieć dopiero teraz. Wcześniej nie mogłem. Więc... - urwał nagle. Cienie! Przypomniał sobie o Cieniach. Nie mógł powiedzieć matce prawdy bez późniejszej przemiany w istotę magiczną... Musiał coś wymyślić.
   - Więc...? - popędzała Caroline, widząc, że chłopak mocno się zamyślił.
   - Więc... Yyy... Po prostu... Nie chodziłem do szkoły, bo... Bo ktoś chciał mnie wrobić w dragi. - powiedział zakłopotany, nie patrząc w oczy matki.
   - Co?! - krzyknęła Caroline.
   Zasłoniła usta dłonią i energicznie wstała. Zaczęła chodzić w kółko po kuchni i rozglądać się. Chłopak podparł się ręką o stół, a dłonie zaciskał w pięści.
   - Kto cię chciał wrobić? - zapytała groźnie.
   - Nie wiem, mamo. Właśnie ciocia pomaga mi to odgadnąć. - ciągle nie patrzył na matkę, aby nie napotkać jej wzroku.
   - Mogłeś przyjść do mnie. - kobieta usiadła obok niego i złapała jego rękę. - Przecież wiesz, że ja też bym ci pomogła.
   - Ale... ciocia ma znajomego w policji... Powiedział, że najlepiej będzie jeśli będę mieszkał gdzieś indziej, przez krótki czas. Nie gniewasz się? - zapytał i spojrzał na nią.
   - Nie, nie gniewam się. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. - kobieta przytuliła się do syna i pocałowała go w czoło.
   Zamknęła oczy i przypomniały jej się czasy, gdy był jeszcze dzieckiem. Jego zabawy z kuzynami, z ojcem. Później śmierć Cartera i wypadek Jacka. I dzień, w którym po raz ostatni usłyszała jego przeraźliwe krzyki... Po jej policzku płynęły łzy. Otarła je i popatrzyła na syna. Miał zbolały wyraz twarzy, ale nie chciała juz dalej ciągnąć tego tematu.
   Rozmawiali przez godzinę. O wszystkim. Nagle Jack odwrócił się błyskawicznie i spojrzał na zegar.
   - Niestety muszę się już zbierać, mamo. - powiedział.
   Wstał i ubrał kurtkę. Posprzeczał się jeszcze z mamą czy ma założyć czapkę. Jack nienawidził czapek i powiedział, że założy kaptur. Przekazał pozdrowienia dla Charliego i Claire i uściskał mamę.
   - Niedługo wrócę, mamo. - pocałował ją w czoło i wyszedł z domu.
   Kobieta stała w drzwiach i patrzyła na niego. Nie mógł szybko pobiec, więc szedł normalnym, ludzkim tempem. Gdy tylko zniknął za zakrętem, puścił się biegiem. Po minucie był już przed domem ciotki Alice. Zatrzymał się na werandzie. Usiadł na huśtawce powieszonej przy drzwiach wejściowych i lekko się kołysał. A w głębi duszy przeklinał się ostro za to, że kolejny raz musiał okłamać mamę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz