- Jack! Roger! Ben! Chodźcie już do domu! Zimno się robi, a po za tym zrobiłam już obiad.- zawołała Caroline, matka Jack'a, a ciocia Roger'a i Ben'a.
- Mamo, jeszcze chwilę! Właśnie będę strzelał karnego!
Caroline jak zwykle uśmiechnęła się sama do siebie i weszła z powrotem do domu. Matka Jack'a była piękną kobietą. Jej matka była mulatką dlatego miała ona bardzo piękną, śniadą cerę. Jej uśmiech onieśmielał wielu, choć nie był częstym widokiem na jej okrągłej twarzy. Oczy miała koloru głębokiego brązu, które lśniły za każdym razem, gdy Caroline wzruszała się na widok syna.Był on tak bardzo podobny do ojca, a jej męża Carter'a.
Carter był żołnierzem. Zginął parę lat temu podczas misji w Iraku. Caroline długo nie mogła poradzić sobie po stracie męża, przez co Jack nie mieszkał z matką, lecz z jej siostrą Alice. Właśnie wtedy zrodziła się wielką więź łącząca chłopca i jego ciotkę, która trwa aż do dziś.
- Roger, teraz mi podaj. Wybije z pierwszej piłki i na pewno cię pokonam Ben! - zawołał Jack.
- Nie żartuj sobie, jestem najlepszym bramkarzem w naszym mieście. Nie masz ze mną szans. - zaśmiał się chłopak.
- I tak spróbuje! - odkrzyknął Jack. - A ty pewnie nie słyszałeś o tym, że ja jestem najlepszym strzelcem w naszym mieście!
Chłopcy zaśmiali się i wznowili grę. Roger podał kuzynowi, a ten z największą siłą jaką posiadał posłał piłkę prosto do małej, zrobionej samodzielnie przez Jack'a bramki. Ben upadł na ziemię z impetem po nieudanej próbie obrony tego strzału.
- Jack! Jak ty to zrobiłeś?! Nawet nie wiem kiedy piłka wpadła do siatki! Piątka kuzynie! - zawołał Roger.
Chłopcy przybili sobie piątki i chcieli iść już na obiad kiedy zobaczyli, że Ben siedzi w bramce z głową zwieszoną w dół.
- Ben? Idziesz, moja mama zrobiła obiad?
- Nie.
- Chyba nie jesteś zły, co? Przecież nawet najlepszym się zdarza nie obronić...
- No niby tak, ale... Nie powiecie o tym nikomu, prawda?
- No jasne, że nie! Jesteś moim kuzynem. Nie mógłbym ci zaszkodzić.
- Jack, naprawdę jesteś najlepszy!
Ben podszedł do kuzyna i przybili piątkę. Cała trójka zadowolona i uśmiechnięta ruszyła przez rozległy ogród w kierunku domu. Kiedy przechodzili obok piłki Ben nie mógł się powstrzymać i krzyknął do kuzynów:
- Jeszcze jeden strzał, chłopaki!
Chłopak kopnął piłkę, która zamiast wpaść do bramki poszybowała nad nią, spadła na drogę i poturlała się do lasu. Cała trójka krzyknęła:
- Nie! Stój! Nie do lasu!!
Niestety piłka zniknęła już w gąszczu wysokich paproci i krzewów i pewnie turlała się coraz niżej, ponieważ był to las, który wyrósł na lekko stromym zboczu. Las ten był uważany za jeden z najniebezpieczniejszych w okolicy. Dlatego rodzice wszystkich dzieci zakazywali zbliżać się choćby na metr do granicy ściany drzew.
Chłopcy stali jak wryci nic nie mówiąc. Ciszę przerwał Ben:
- Yyy.. Przepraszam Jack. Ja nie chciałem... To nie było specjalnie...
- Ale strzał był dobry - rzekł pocieszającym tonem Roger.
- Roger, nie pomagasz! Co teraz zrobimy? Wiesz, że ta piłka wiele dla mnie znaczy. Nie mogę tak po prostu o niej zapomnieć!
Chłopcy znów zamilkli. Każdy z nich w pamięci wyszukał dzień w którym Jack po raz ostatni widział swego ojca, i w którym to dostał od niego piłkę. Tak, tę która teraz leży pewnie w środku lasu. Lasu do, którego nikt nie chciał nigdy wejść.
- Pójdę!
- Nie, Jack nie pójdziesz! Tam jest bardzo niebezpiecznie. Powiemy jutro rodzicom o tym i pomogą nam ją odnaleźć.
- Nie! Nie będę się zachowywał jak bym nie miał odwagi! Zrobię to dla taty.
W chwili, gdy Jack wymienił słowo 'tata' chłopcy nie ośmielili się już nic powiedzieć. W milczeniu patrzyli na kuzyna, który właśnie ruszał w, jak myślał, krótką wędrówkę do nadzwyczajnego miejsca.
Jack z cieniem niepewności na twarzy ruszył w stronę lasu. Cały czas myślał o tym, że musi odzyskać piłkę. Tata by mi pomógł, ale teraz go już nie ma więc poradzę sobie sam - pomyślał chłopak - Będzie ze mnie dumny.
Właśnie przechodził przez drogę gdy usłyszał odległą rozmowę kuzynów:
- Myślisz, że to dobry pomysł, że tam idzie? Sam?
- Ben, on da sobie radę. Jest bardzo odważny!
Duma rozpierała go od środka jak nigdy. Uśmiech wykwitł na jego twarzy i nie chciał z niej zejść. Stało się to jednak, gdy Jack zobaczył jak trudna droga go czeka.
Nie odwracając się do kuzynów ruszył w drogę. Gdy tylko przekroczył granicę lasu, poczuł, że to miejsce jest inne niż te w których już był. Rośliny były tu trochę bardziej ożywione. Czuł się jakby na jego oczach drzewa, krzewy i inne rośliny rozrastały się, zmieniały swoje położenie. Od początku czuł na sobie wzrok jakiegoś stworzenia czającego się w zaroślach. Ale odważnym krokiem szedł dalej.
Jack starannie wymierzał każdy krok, aby się nie potknąć i nie upaść. W pewnym momencie odwrócił się i zawołał:
- Chłopaki! Jesteście tam?
- Tak, Jack! Coś się stało? - zapytał Ben.
- Nie, nic tylko się upewniam, że mnie nie zostawiliście. Dziękuję.
- Yhm, nie ma za co!
Chłopak przymknął na chwilę powieki i odliczył pięć sekund. Po tym zaczął znów iść. Nie wiedząc kiedy Jack wkroczył na małą polankę. Rośliny rosły na całej jej powierzchni. Nigdzie nie dopatrzył się nawet kawałka wolnej ziemi. Wszędzie znajdowały się kwiaty. Lecz nie były to zwykłe kwiaty. Te były błyszczące, jakby posypane brokatem i bardzo miękkie i śliskie. Dziwne - pomyślał - nigdy takich nie widziałem. Rozglądając się dookoła podbiegł szybko na sam środek polanki i rozejrzał się. Nagle zobaczył piłkę. Leżała w małej szmaragdowej kałuży. Chłopak złapał ją i przytulił do siebie.
- Nigdy już nie uciekaj. Pamiętaj, że już tylko ty mi po nim zostałaś. - powiedział.
Uczucie, iż ktoś go obserwuje nasiliło się. Popatrzył przed siebie a następnie obrócił się. Tu nikogo nie było. Roześmiał się głośno, choć można było wyczuć w jego śmiechu nutkę zdenerwowania i strachu.
Zadowolony ruszył przed siebie. Już miał przekroczyć granicę polanki, gdy ujrzał cień postaci stojącej niedaleko chłopaka. Postać stałą nieruchomo i wpatrywała się w twarz Jack'a. Z tego co mógł zauważyć była to kobieta, bardzo piękna kobieta. Karnację miała ciemną, oczy duże i brązowe. Usta za to małe, lecz wydatne. Muśnięte szminką ostrego czerwonego koloru.
Kobieta poruszyła się nieznacznie. Jack nie był pewny, ale chyba się uśmiechnęła. Chłopak także stał nieruchomo obmyślając ewentualną drogę ucieczki. Nie zna tego lasu. Pewnie by się zgubił. Więc pozostało mu tylko uciekanie na oślep lub poddanie się.
Nagle Jack uniósł głowę ku drodze, którą tu trafił. To jego kuzyni, krzyczeli coś.
- Jack! Jack! Idziesz już?
Już chciał odpowiedzieć, ale kobieta błyskawicznie zjawiła się przy nim, zakryła mu usta i szepnęła do ucha:
- Posłuchaj Jack, nie masz szans na ucieczkę, więc nawet nie próbuj. Będziesz teraz robił to co ci każę, jasne?
Chłopak skinął głową.
- No, grzeczny chłopiec! Teraz powiesz do twoich jakże troskliwych kolegów, że wrócisz za chwilkę, ponieważ cały czas szukasz piłki, jasne?
Kolejne skinięcie. Kobieta uśmiechnęła się szeroko ukazując rządek pięknych i zadbanych zębów. Po chwili zabrała rękę z ust Jack'a.
- Jack? Chłopie, gdzie ty jesteś?!
- Yyy... Chłopaki zaraz wracam, spokojnie. Jestem już blisko piłki!
- Ok, czekamy!
Kobieta cofnęła się i stanęła metr od Jack'a. Kolejny uśmiech, tym razem bardziej władczy.
- A więc Jack, poznajmy się! Mam na imię Chelsea. Będziemy przyjaciółmi. Krótko, ale będziemy.
Jack nie wiedział co zrobić. Odpowiedzieć czy nic nie mówić. Teraz mógł liczyć tylko na przyjaciół, którzy pewnie czekają teraz na niego zupełnie nie świadomi tego co dzieje się z ich kuzynem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz