O PÓŁNOCY

O PÓŁNOCY

środa, 12 czerwca 2013

Rodział drugi.

   Złotowłosa pielęgniarka ruszyła zdecydowanym krokiem z uśmiecham na twarzy, w kierunku sali swojego ulubionego pacjenta. Chłopiec ten, choć uległ nieprawdopodobnemu wypadkowi, nie poddał się i zwyciężył walkę o zdrowie. Była bardzo miły i rozmowny. Można by mu powierzyć swoje życie.
   Każdego dnia robiła to samo. Budziła się bardzo wcześnie rano, jechała, często bardzo zatłoczonym, autobusem, przebierała się w szpitalnej szatni i ruszała w stronę recepcji. Stamtąd zaczynała obchód, poczynając od jej małego ulubieńca. Często myślała o tym, że jej życie to po prostu rutyna. Ale dla tak nadzwyczajnego kolegi z sali numer 7 mogła jeszcze troszkę w niej pozostać.
   Kobieta otworzyła drzwi pokoju i podeszła do łóżka. Chłopiec jeszcze spał. Sprawdziła wyniki wszystkich badań na jego karcie, następnie rzuciła okiem na monitory zawieszone nad jego głową.
   - Dzień dobry Rose. - powiedział znienacka Jack.
   - Oh. Wystraszyłeś mnie Jack. - uśmiechnęła się promiennie do chłopca.
   - Przepraszam. - chłopiec puścił oko do pielęgniarki. - Więc, co będziemy dziś robić?
   - Ja będę jak zwykle pracować, a ty leniuchować.
   - A czy nie mógłbym Ci pomóc, Rose? Przecież wiem, że chcesz!
   - Nawet jeśli bardzo bym chciała - nie możesz. Jesteś pacjentem a nie pomocnikiem. - kolejny piękny uśmiech.
   - Bycie chorym jest do bani! A może wiesz, o której przyjedzie dziś mama?
   - Nie wiem, ale mam wiadomości od twoich kuzynów!
   - Jakie?
   - Przyjadą dziś do ciebie i przywiozą Ci parę fajnych rzeczy, abyś się nie nudził.
   - Fajnie. Zawsze wiedzą czego mi potrzeba.
   Kobieta uśmiechnęła się do chłopca, odwiesiła jego kartę zdrowia i podeszłą do niego bliżej. Po tych siedmiu dniach nie umiała sobie wyobrazić szpitala bez jej przyjaciela. Życie znów stanie się szare i ponure.
   - Naprawdę szkoda, że już jutro wychodzisz...
   - Też mi jest smutno. Już nie będziemy mogli się codziennie spotykać. Ale pamiętaj! Ja będę dbać o tą przyjaźń i będę Cię regularnie odwiedzał! Albo tu, albo w Twoim domu, Rose.
   - Wiem, Jack, ja też się o to postaram!
   Nagle z korytarza dobiegł ich donośny głos, wykrzykujący imię pielęgniarki. Z każdą chwilą był coraz to głośniejszy. Zbliżał się do pokoju Jack'a.
   - Już idę Jasmine! - zawołała Rose do swojej koleżanki z pracy. - Jack, idę już. Muszę pracować. - Wzięła głęboki oddech i na chwilę przymknęła oczy. - Jeszcze tu dziś wpadnę. Pozdrów kuzynów ode mnie!
   - Oczywiście pozdrowię! Miłej pracy Rose!
   Kobieta ruszyła w kierunku drzwi szybkim krokiem i zamknęła je za sobą zostawiając chłopca w półmroku. Leżał tak jeszcze przez parę minut wyczekując aż uśmiechnięta Rose wróci do niego i będą mogli spędzić razem czas, lecz już nie wróciła.
   Leżał tak przez długi czas. Minuty mijały bardzo szybko. Może nie tylko minuty, ale też godziny. Zasnął na chwilkę, lecz obudziło go ciche pukanie do drzwi jego pokoju.
   - Proszę! - krzyknął.
   Nagle do pokoju wpadli dwaj chłopcy. Uśmiechnięci i weseli. Byli to Roger i Ben.
   - Siemka kuzynie! Piątka! Co ty tu robisz w ogóle? Leń z ciebie niesamowity! - zaśmiał się Roger.
   - No wiesz, czasem trzeba trochę poudawać! Ha, ha, ha! - odpowiedział za Jack'a Ben.
   Chłopcy poprzybijali sobie piątki, przywitali się i Ben powiedział:
   - Zgadnij co Ci przynieśliśmy, chłopie!
   - Nie mam pomysłu. Powiedzcie!
   - Wiem jak to jest w szpitalu - powiedział Roger. - Dlatego przynieśliśmy Ci parę gazet o piłce nożnej. A propos, na stronie 9jest  mała niespodzianka. - chłopak puścił oko do kuzyna. - Ale to później! Mamy także trochę krzyżówek i zagadek z geografii! Ben przyniósł też swoją grę PacMan. Na pewno Ci się spodoba!
   - Wow, dzięki chłopaki! Jesteście najlepsi!
   - No a teraz opowiedz nam jak się czujesz?
   - Już znacznie lepiej. Rana się goi, powoli, ale się goi. Ból już nie jest taki ostry. Zauważyłem, że nasila się o północy... Nie wiem dlaczego.
   - No to dobrze. Cieszymy się bardzo! No a co do tej niespodzianki z gazety, to Real Madrid wygrał kolejny mecz! Jesteśmy coraz bliżej mistrzostw!
   Chłopcy wdali się w długą rozmowę o piłce nożnej. Nawet nie zauważyli kiedy minęły dwie godziny. Roger i Ben pozbierali swoje plecaki, pożegnali się i już mieli wyjść, gdy Roger powiedział:
   - Jack, co tam leży na ziemi? Tak bardzo się błyszczy w promieniach słońca.
   - Nie wiem. Może coś mi spadło?
   Roger podszedł do przedmiotu i kucnął przy nim. Oglądając mały przedmiot myślał nad tym co to może być.
   - Roger, co to? - zapytał Ben.
   - Oo... To mały wilczek wyrzeźbiony ze szkła lub jakiegoś cennego kamienia szlachetnego. To pewnie twój, ktoś Ci go tu zostawił, albo upuścił. Zostaw go sobie. Jeśli ktoś będzie go szukał - oddasz go.
   Jack, obracając w palcach małego wilczka, nie wiedział skąd mógł się on tu znaleźć. Pomachał kuzynom, którzy właśnie wychodzili. Jeszcze przez chwilę przypatrywał się małej rzeźbie, aż w końcu przywiesił go na rzemyk, który zawsze miał zawiązany na nadgarstku. Teraz będę wilkołakiem! - pomyślał. Te słowa coś mu przypominały, ale nie wiedział co.
   Chłopiec wzruszył ramionami i położył się czytając gazetę. Lecz nie za bardzo rozumiał znaczenie czytanych słów. Cały czas myślał o małym wilczku wiszącym na jego nadgarstku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz