O PÓŁNOCY

O PÓŁNOCY

wtorek, 11 czerwca 2013

Rozdział pierwszy.

   Z lekkim otępieniem Jack zaczął się przebudzać. Spróbował otworzyć oczy. Na marne. Tym razem spróbował coś powiedzieć. Krzyknąć. To też nie było możliwe. W pewnym momencie poczuł lekki ból szyi. Co mi się stało? - pomyślał. - I gdzie ja teraz jestem?
   Kolejna próba powiodła się. Powieki chłopaka, choć z oporem, uniosły się ku górze, po czym od razu opadły. Światło. Było tam dużo światłą skierowanego na twarz Jack'a. Tym razem jego oczy wygrały bitwę z ostrym światłem. Jack jeszcze parę razy zamrugał, aby jego wzrok przyzwyczaił się do tak jasnego pomieszczenia.
   Powoli zaczął rozglądać się. W miarę upływu czasu usłyszał odgłosy wydawane przez aparaturę stojącą obok jego łóżka. Szpitalnego łóżka. Jack leżał na dużym i niewygodnym łóżku szpitalnym. Musiał mieć poważny wypadek. Ciekawe co mi się stało... - pomyślał.
   Rozglądając się dalej zauważył ciemną postać śpiącą na fotelu w kącie pokoju. Spojrzał na okna. Były zasłonięte, lecz przez dziurki pomiędzy zasłonami prześwitywał blask księżyca.
   Postać na fotelu miała długie czarne włosy splątane w warkocz i bardzo ciemną cerę. Była to kobieta. Była ona ubrana w zielony sweter z kapturem i futerkiem na jego krańcach.
   - Mamo... - wychrypiał Jack, gdy ją poznał. - Mamo...
   Z wielkim zdziwieniem odkrył, że powiedzenie tych słów bardzo go zmęczyło.
   Co mi jest!? Dlaczego tak dziwnie się czuję!? - myślał.
   Nagle Caroline otworzyła oczy. Były one bardzo wilgotne i podpuchnięte. Powolnym ruchem przeciągnęła się, wypiła resztę kawy z małego kubeczka i wstała. Oddychała bardzo wolno i głęboko.
   - Oh, Jack, Jack. Dlaczego to się stało? Dlaczego jestem aż tak nie odpowiedzialna? - odetchnęła głęboko i podeszła do łóżka.
   Chłopak patrzył jak kobieta zbliża się do niego i jak z każdym kolejnym krokiem wykwita na jej twarzy piękny uśmiech a po policzkach zaczynają płynąć łzy. Nagle zaczęła krzyczeć:
   - Jack! Jack, Jack, Jack! Wreszcie! Pani doktor? Jack się obudził! Szybko!
   Szybko podbiegła do chłopca i bardzo ostrożnie, aby nie zerwać wszystkich igieł i rurek wszczepionych w jego ciało, przytuliła go do siebie, szepcząc:
   - Jack, kochanie, nic Ci nie jest. Tak bardzo Cię kocham, przepraszam.
   - Mamo? Co się stało? - rzekł chłopiec zbierając siły.
   - Nic, nic. Teraz to nie ważne! Opowiem Ci jutro. Teraz musisz odpoczywać. Musisz szybko wyzdrowieć. - odpowiedziała szybko po czym pocałowała syna w czoło.
   Wtem do pokoju weszła pielęgniarka i lekarz.
   - Proszę się na chwilę odsunąć. Muszę sprawdzić podstawowe funkcje życiowe.
   - Dobrze, dobrze.
   Lekarz spojrzał na Jack'a. Uśmiechnął się i powoli wyjął ze swojej kieszeni w fartuchu lekarskim małą latareczkę.
   - Cześć Jack. Mam na imię Jerry i jestem twoim lekarzem. Teraz muszę sprawdzić twój wzrok, więc muszę poświecić Ci tą latareczką w oczy. Zgadzasz się?
   - Tak, panie Jerry. - wychrypiał.
   Chwilę później lekarz szybkim ruchem sprawdził wzrok i wyłączył latarkę.
   - No dobrze. Jeszcze tylko posłucham twojego dzielnego serduszka. - zrobił to bardzo ostrożnie, następnie zwrócił się do Caroline. - Pani Bussy nie musi się pani martwić o Jack'a. Jest bardzo silny, mam nadzieję, że nie będę musiał go tu często widywać! - zaśmiał się. - Ten chłopak naprawdę ma dzielne serce i jest bardzo silny psychicznie. Musi teraz bardzo dużo wypoczywać. Oczywiście będę przychodził na kontrolę. Może teraz pani z nim porozmawiać, lecz krótko. A później dopilnować, aby zasnął.
   Na jego miłej twarzy pojawił się uśmiech i powiedział jeszcze tylko:
   - Jack, jesteś silny. Wierzę w ciebie.
   Lekarz wyszedł pospiesznie i ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Caroline od razu znalazła się przy synu. Złapała jego rękę i przytuliła do swojego policzka.
   - Mamo, usiądź sobie.
   - Po co? Musisz spać...
   - Ale ja chcę jeszcze tylko zapytać...
   - O co?
   - O piłkę. Gdzie ona jest? Czy ktoś ją zabrał z tej polany, tam w lesie?
   - Oczywiście, że tak. Jutro Ci ją przyniosę.
   - Obiecujesz?
   - Obiecuję, kochany - kobieta uśmiechnęła się. - Dobrze, idź już spać. Chciałam jeszcze tylko Cię przeprosić.
   - Za co?
   - Za to, że nie byłam za ciebie zbyt odpowiedzialna i doprowadziłam do takiego wypadku... Przepraszam Jack.
   - Mamo to nie twoja wina. To ja sam tam poszedłem.
   - Jack... Jutro porozmawiamy. Teraz musisz wypoczywać - kolejny uśmiech.
   - Ale mi wcale nie chce się spać! - zaśmiał się.
   Kobieta odwzajemniła uśmiech, poklepała rękę Jack'a i wstała. Ruszyła w stronę drzwi, lekko je uchyliła i szepnęła coś. Po chwili w pokoju pojawiła się pielęgniarka z małą strzykawką. Podeszła do łóżka chłopaka i bez żadnego wyrazu twarzy wstrzyknęła w jeden z wiszących nad jego głową woreczków, ciecz ze strzykawki. Popatrzyła na chłopca, potem na jego matkę i skinęła głową. Obejrzała się jeszcze na monitor nad głową Jack'a i wyszła z pokoju.
   - Mamo, co ona zrobiła? - zapytał zaniepokojony Jack.
   - Nic złego, nie martw się. Do zobaczenia rano!
   Caroline wróciła na fotel, usiadła i przypatrywała się synowi. Jack poczuł coś dziwnego. Powieki zaczęły mu opadać, język stał się za ciężki, aby cokolwiek powiedzieć. Zasypiał. A gdy już zasnął i on i jego matka, pewna postać w czarnej pelerynie uchyliła lekko drzwi jego pokoju i rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok zatrzymał się najpierw na matce chłopca, a później na nim. Na jej krwistoczerwonych ustach pojawił się uśmiech. Szybkim i płynnym ruchem wpadła do pokoju i na stoliku obok łóżka chłopca postawiła małą figurkę wilka. Po czym rozpłynęła się jakby w powietrzu. Przystanęła jeszcze tylko przy drzwiach i powiedziała:
   - Jesteś idealny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz