Sześć lat później.
Był środek nocy. Właśnie zbliżała się godzina dwunasta. Jack spał w swoim pokoju. Za oknem wiatr miotał bezbronnymi drzewami. Postać w czarnej pelerynie i z kapturem na głowie stała na granicy lasu i drogi za domem chłopaka. Była to kobieta, która cały czas wpatrywała się w okno Jack'a. Gdy usłyszała jego krzyk uśmiechnęła się i zniknęła w lesie.
Chłopaka nagle obudził dręczący go ból promieniujący od już zabliźnionej rany na szyi. Co noc o podobnej porze od dnia wypadku na małej polanie w lesie, jego ciało przeszywa rozdzierający ból. Matka Jack'a chodziła z nim do różnych lekarzy. Niestety nikt nie wiedział dlaczego tak się dzieje.
Caroline, matka Jack'a i jej nowy parter,Charlie, poznany pięć lat temu, obudzili się od razu, gdy usłyszeli krzyk. W oczach kobiety pojawiły się łzy. Szybkim krokiem pobiegli do pokoju chłopaka. Gdy otworzyli drzwi ich oczom ukazał się ten sam od sześciu lat widok rzucającego się i krzyczącego młodego chłopaka. Caroline westchnęła i złapała Jack'a z ręce. Charlie pomógł jej go przytrzymać.
- Spokojnie, Jack. Spokojnie. Już tu jestem, jestem z tobą! - krzyknęła.
W jednej chwili Jack uspokoił się. Nagle jego ciało przeszedł dreszcz, przez który chłopak wygiął się w łuk i krzyknął jeszcze głośniej. Kobieta zapłakała gorzko i wtedy Jack powoli zaczął się prostować. Cały spocony, przerażony i zmęczony oparł się o ramę łóżka. Spojrzał na Charliego. Ten skinął mu tylko głową i wyszedł przymykając lekko drzwi. Chłopak był pewny, że stał teraz za drzwiami i nasłuchiwał.
Jack czuł do niego duży respekt. Choć przez jakiś czas nie mógł zaakceptować związku z jego matką, w końcu mu się to udało.Teraz widział jak Charlie się stara. Cały czas jej pomaga, jest blisko niej, bo wie czego Caroline doświadczyła w swoim życiu.
Caroline patrzyła zaszklonymi oczami na syna. Chłopak nie patrzył jej w oczy. Szukał jakiegoś punktu zaczepienia, aby tylko nie patrzyć w jej smutne oczy.
- Mamo, przepraszam. - powiedział po chwili milczenia.
- Jack nie masz za co przepraszać! To moja wina, że dzieją się takie rzeczy. Tłumaczyłam Ci to już parę razy...
- Mamo, przecież widzę jak cierpisz. Widzę to w twoich oczach, zawsze gdy na mnie patrzysz. To moja wina.
Caroline nic nie powiedziała. Popatrzyła błagalnie na syna, lecz ten cały czas nie patrzył jej w oczy. Wstała powoli i ruszyła do drzwi. Spojrzała jeszcze na niego i zobaczyła łzy w jego oczach. Chciałaby go teraz przytulić, ale chłopak już położył się i próbował zasnąć. Kobieta wyszła więc i zamknęła drzwi. Powoli szła w kierunku swojego pokoju. Minęła pokój Claire - młodszej i przyrodniej siostry Jack'a. Była ona córką Caroline i Charliego. Miała obecnie cztery lata. Kobieta zastanawiała się jak mocny musi mieć ona sen jeśli nie obudziła się po takich krzykach Jack'a. Wzdrygnęła ramionami, weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi.
Jack położył się na bok i patrzył przez okno na mały księżyc na niebie. Zwykle po bólu następuje sen. Jednak nie dziś. To musi coś znaczyć. Coś się dziś stanie.
Tuż przy oknie przeleciał wielki ptak. Jack zamrugał powiekami i przewrócił się na plecy. Patrząc w sufit przypomniał sobie o tym jaki jest dziś dzień. To przecież dzień jego osiemnastych urodzin.
- Wszystkiego najlepszego! - powiedział sarkastycznie sam do siebie, po czym prychnął.
Leżąc tak zaczęły przypominać mu się słowa jakiejś nieznajomej kobiety. "W dniu twoich osiemnastych urodzin wszystko się zmieni", "Zostałeś wybrany", "Przecież jeszcze nie jesteś istotą magiczną... ".
Energicznie usiadł na łóżku. Zaczął rozglądać się po swoim pokoju. Co to było? - pomyślał. Nagle do jego drzwi zaczął ktoś pukać, lecz bardzo cichutko. Zdziwił się, że może usłyszeć coś tak cichego. Popatrzył na drzwi i powiedział:
- Proszę.
Do pokoju weszła mała dziewczynka. Jej duże brązowe oczy były zapłakane. Stojąc w różowej piżamie i nie uczesanych długich loczkach z chusteczką w rączce patrzyła na chłopaka.
- Claire...
W jednej chwili dziewczynka skoczyła mu w ramiona cichutko popłakując. Jack'a i Claire łączyła mocna więź. Choć nie byli stu procentowym rodzeństwem, nie mogliby bez siebie żyć. Jack oddał by za nią życie.
- Co się stało, Claire? Czemu płaczesz? - zapytał Jack.
- Bo ty znów tak bardzo krzyczałeś... - odpowiedziała.
- Claire... Tak bardzo przepraszam, że Cię przestraszyłem. Znowu.
- Nie Jack, nie przestraszyłeś mnie. Po prostu jest mi smutno, że nie mogę Ci pomóc. - dziewczynka zapłakała mocno.
Chłopak przytulił ją mocno i poczuł, że do jego oczu też zaczynają napływać łzy.
- To się nie długo skończy, prawda? - zapytała patrząc Jack'owi w oczy.
- Mam taką nadzieję, Claire! - uśmiechnął się.
Zapanowała cisza. Claire patrzyła na Jack'a i nagle się uśmiechnęła. Wzięła go za ręce, wstała na łóżku i zaczęła cicho śpiewać:
- Sto lat! Sto lat! Jack masz dziś urodziny! Na pewno dziś wszystko się zmieni!
Uradowana dziewczynka jeszcze chwilę tańczyła na łóżku Jack'a, po czym zaczęli tańczyć razem. Przez chwilę Jack zapomniał o tym co działo się od czasu wypadku. Czuł się wolny i szczęśliwy. Nie długo potem Claire zasnęła w ramionach Jack'a. On też zasnął tylko trochę później. Cały czas bowiem czuł czyiś wzrok na sobie i na jego siostrze. Przytulił ją bardziej i zamknął oczy czekając aż zadzwoni jego budzik i zacznie udawać, że nic nigdy się nie stało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz