Jack, pod postacią wilka, biegł omijając przeszkadzające mu drzewa. Właśnie zaczął padać deszcz. Na szczęście bardzo drobny. Słyszał dźwięki, których jeszcze nigdy nie słyszał i niektórych po prostu nie umiał nazwać. Spodobało mu się to. Czuł się wolny i do niczego nie zobowiązany.
Po jakimś czasie wreszcie dotarł na miejsce. Rozejrzał się dookoła i upewniwszy się, że nikogo nie ma wokół niego przemienił się z powrotem w człowieka. Otrzepał drobinki piasku z ubrania i ruszył przed siebie. Po chwil przekroczył bramy cmentarza. Nagle jakiś głos w głowie kazał mu się zatrzymać. Odetchnął głęboko, jeszcze raz rozejrzał się uważnie i ruszył dalej. Towarzyszyło mu dziwne uczucie niechęci tej świętej ziemi do niego samego.
Wreszcie doszedł na miejsce. Odnalazł nagrobek, którego szukał. Mała flaga jego państwa wbita w ziemię powiewała lekko na wietrze. W małym wazoniku stał bukiecik czarnych i białych róż.
Jack uklęknął i zaczął się modlić. Odmówił szybko modlitwę i wstał, patrząc w złote, duże litery wyryte na płycie nagrobka.
- Cześć tato. - powiedział.
Stał, moknąc na deszczu i wpatrując się w wyryte imię i nazwisko ojca oczekując odpowiedzi. Niestety takowej nie otrzymał.
Znów rozejrzał się, wzruszył ramionami i usiadł na ziemi, ciągle wpatrując się w to samo miejsce.
- Dawno u ciebie nie byłem. Od ostatniego razu naprawdę dużo się zmieniło. Myślę, że mogę Ci wszystko opowiedzieć. - przestał mówić i dla pewności obejrzał się jeszcze czy, aby na pewno nikogo nie ma na cmentarzu. - Pewnie pamiętasz jak opowiadałem Ci, już dawno temu, o moim wypadku w lesie... Dziś są moje urodziny i ... ten wilk wrócił. Tylko, że nie jako wilk, a człowiek. Eve przemieniła mnie dziś w wilkołaka... - nagle zaśmiał się ironicznie. - Tak wiem to śmieszne i głupie... Ale tak właśnie jest. Naprawdę szkoda, że nie możesz ze mną porozmawiać, odpowiedzieć na moje pytania i powiedzieć co o tym myślisz.
Chłopak ukrył twarz w dłoniach. Po chwili znów spojrzał na nagrobek. Z oczu chłopaka zaczęły wypływać łzy. Jedna po drugiej.
- Nawet nie wiesz jak mi bez ciebie trudno. Nawet nie wiesz jak mi ciebie brakuje. - powiedział. - Nie miałeś prawa! - krzyknął. Poderwał się z ziemi i zaczął nerwowo krążyć wokół grobu ojca. Zatrzymał się przed nim i powiedział:
- Nie miałeś prawa mnie zostawiać!
Usiadł i oparł się plecami o nagrobek, który stał obok. Teraz nie ukrywał już łez. Nogi pociągnął wysoko i objął je rękami. Oparł na nich głowę i myślał o dniu, w którym przekazano mu i jego matce tą straszną wiadomość. Jego matka najpierw śmiała się:
- Proszę pana, ja nie wiem o czym pan mówi. Mój mąż jest teraz w pracy i niedługo do nas wróci! Takich żartów się nie robi! Naprawdę jest pan niepoważny!
Potem, gdy ciotka Jack'a Alice uspokoiła jego matkę, Caroline, zaczęła krzyczeć i rzucać się. Płakała całymi dniami siedząc skulona w kącie swojej sypialni, ściskając w rękach zdjęcie męża.
Jack przeniósł się do ciotki Alice i dopiero w dniu pogrzebu dotarło do niego to co się stało. Czuł się jak by był wystawionym przed kościołem chłopcem, którego przytulał każdy kto przyszedł pożegnać jego ojca.
Z fali wspomnień wybudziła go czyjaś ręka szarpiąca go za jego ramię.
- Jack, co ty tutaj robisz! Jesteś cały przemoczony!
Była to jego ciotka Alice. Patrzyła na niego zmartwiona i lekko zdziwiona.
- Co tu robisz ciociu? - zapytał Jack.
- Co tydzień tu przychodzę, przynoszę nowe kwiatki. Posprzątam jak potrzeba. To był mój brat, musze sie o niego troszczyć... Ale dość o mnie, co ty tu robisz?
- Przyszedłem z nim porozmawiać.
Alice spuściła wzrok z twarzy bratanka i popatrzyła na nagrobek. Z małej foliowej torby wyjęła mały elegancki bukiecik i włożyła w miejsce starego. Ten był inny. Tym razem cały biały i nie z róż, a tulipanów.
- Jack, chodź. Zawiozę Cie do domu. Wysuszysz się i przebierzesz. Jeszcze będziesz chory, i co? Dalej wstawaj.
Chłopak patrzył na twarz kobiety, która czekała teraz aż on wstanie i pójdzie za nią. Jej twarz nie była tak promienna jak zawsze. Tym razem biła od niej powaga i niepokój. W takim stanie widział ją dopiero trzeci raz. Po raz pierwszy na pogrzebie jego ojca, a po raz drugi rankiem dzisiejszego dnia, kiedy zawiozła go do szkoły.
Wstał szybko i przytulił się do Alice. Z oczu kobiety popłynęły łzy. Szybko wytarła je rękawem płaszcza i złapała Jack'a za rękę.
- Chodźmy. - szepnęła cały czas powstrzymując się od łez, aby nie okazać swoich słabości przed Jack'iem.
- Ciociu, mogę zadać Ci pytanie? - zapytał.
- Oczywiście. O co chodzi Jack?
- Czy Tobie też tak bardzo go brakuje?
Kobieta nie odpowiedziała od razu. Nie mogła wycisnąć z siebie słowa. Po chwili stać ją było tylko na szybkie potwierdzenie. Idąc do samochodu nie odzywała się. Jack wyczuł, że poruszył trudny temat i także nic więcej nie powiedział.
Kiedy już wsiedli do samochodu, Alice włączyła ogrzewanie i radio. Muzyka rozbrzmiewała głośno wesołe nuty. Jack szybko je ściszył i przełączył na inną stację radiową. Nagle z głośników popłynęła cicha, rockowa ballada. Jack znieruchomiał. Patrzył przed siebie na szybę zasypywaną gradem małych kropelek deszczu. Nie miał odwagi przełączyć piosenki.
- Nienawidzę zbiegów okoliczności! - powiedziała już przez łzy Alice.
Piosenka ta była ulubioną piosenką Carter'a. Ojca Jack'a.
Alice całą drogę do domu chłopaka płakała cichutko. Nagle kobieta zatrzymała samochód. Spojrzała na dom przy, którym zaparkowała. Nasunęło jej się wiele miłych jak i złych wspomnień.
- Dziękuję ciociu i przepraszam za kłopot... - rzekł cicho Jack.
- Ty nigdy nie byłeś i nie będziesz dla mnie kłopotem. - odpowiedziała wciąż na niego nie patrząc.
Odwróciła się do niego i przytuliła go. Krótko i niedbale. Jak nigdy. Chłopak otworzył drzwi samochodu i wyszedł. Spojrzał jeszcze na ciocię i powiedział:
- Dziś coś się stało. Muszę z Tobą o tym porozmawiać, ciociu. Myślę, że wiesz więcej niż ja.
- Niczego jeszcze nie rozumiesz, Jack. Ale pomogę Ci.
Odpowiedziała po czym pociągnęła drzwi Jack'a, zamknęła je z impetem i odjechała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz