Alice weszła do swojego domu i zamknęła drzwi. Usłyszała ciche chrapanie Jacka i się uśmiechnęła. Przejrzała się w lustrze i powiesiła kurtkę na jej miejsce. Zdjęła buty i założyła różowe papcie. Pomaszerowała do kuchni. Jack smacznie spał na kanapie. Podeszła do lodówki i wzięła jakiś owocowy jogurt. Szybko go zjadła. Była strasznie głodna. I zmęczona!
Przykryła chłopaka grubym kocem i wyszła z salony. Ruszyła do schodów. Kiedy była już w połowie, chwyciła się mocno poręczy i zachwiała się lekko. Złapała się za głowę. Przez chwilę myślała, że to przez zmęczenie, ale później poczuła coś dziwnego. Tak jakby nagle na zewnątrz, tu za drzwiami do jej domu, skumulowała się wielka chmura magii. Popatrzyła na drzwi i powoli zeszła na dół. Stanęła przed drzwiami i zamknęła oczy. Za drzwiami stały dwie osoby. Nie miały złych zamiarów, ale czarownica przygotowała sie na najgorsze.
Podeszłą do drzwi i je lekko uchyliła. Zamrugała. Na przeciw niej stały rzeczywiście dwie osoby. Kobieta na pewno była istotą magiczną. Miała piękne kasztanowe włosy, a jej brązowe oczy uśmiechały się do Alice. Czarownica pamiętała ją, ale nie wiedziała skąd i zapomniała jak się nazywała. Ubrana była w czarną, długą do ziemi pelerynę z czerwonym kapturem, który miała założony na głowę. Uśmiechała się do niej ciepło. Nie wyglądała na groźną, ale ostrożność ponad wszystko.
Chłopak, stojący obok pięknej dziewczyny, wyglądał na przestraszonego. Zielone oczy miał rozbiegane, a włosy, stanowczo już za długie, opadały mu na nie. Nie wyczuła u niego żadnej magii, ale poczuła coś innego. Tak jakby chłopak zaraz miał stać się częścią magicznego świata. Popatrzył na nią i od razu spojrzał na starszą koleżankę przestraszony.
- Kim wy jesteście? - zapytała.
Do przed pokoju wszedł zaspany Jack. Przeciągnął się i przetarł oczy. Popatrzył na Alice, a następnie na gości. Zamrugał i wskazał palem na dziewczynę.
- Ja cię znam. Pamiętam cię z wtedy... - powiedział i pomasował ręką bliznę na szyi.
- Wiem, że mnie znasz, Jack. To ja Chelsea. - uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego rękę.
Chłopak popatrzył na nią i ją uścisnął.
- Wyjaśnicie mi to wszystko? W środku? Przy herbacie? - Alice zaproponowała i ruszyła w stronę kuchni, ale Jack złapał ją za rękę.
- Zostań. Nie wiem czy możemy jej zaufać. Ostatnim razem kiedy się widzieliśmy skazała mnie na ugryzienie przez Eve. - powiedział Jack i prychnął.
- Jack... - powiedziała i potarła czoło. Popatrzyła w jego oczy i powiedziała - Musiałam to zrobić. Ona wybrała ciebie, a mnie chciała zabić więc powiedziała, że jej pomogę. Teraz jestem w jej niewoli i nic mnie nie pomoże jak wbicie srebrnego miecza w jej plecy! - powiedziała i zacisnęła oczy.
- Okey, możemy jej zaufać. - powiedział Jack i wpuścił ja i popatrzył na chłopaka. - A on? Kto to? Nie pamiętam go.
- Nie możesz go pamiętać, bo nie było go ze mną. Poznałam go dziś. Wyjaśnię ci to wszystko na spokojnie za chwilę. Czy on tez może wejść? - zapytała patrząc na chłopaka.
- Może.
Jack zamknął drzwi i puścił gości przodem. Usiedli na kanapie, a on na fotelu obok nich.
- Zrobię herbaty! - krzyknęła już z kuchni Alice.
Jack uśmiechnął się do siebie i spojrzał na dziewczynę. Była bardzo ładna. Chłopak ciągle na nią patrzył, albo rozglądał się po pokoju.
- Więc, co was do nas sprowadziło, Chelseo? - zapytał ciekawy.
- Alex. - odpowiedziała wyszczerzając zęby w uśmiechu.
Alice odwróciła się, a z jej twarzy zniknął uśmiech. Zmartwiona patrzyła na Chelseę.
- Coś się stało? - zapytał, gdy odzyskał głos Jack.
- Chciał po tobie posprzątać... Zabiłeś Aleca i Matt strasznie się wkurzył. Walczyli. Alex przegrał.
- Co?! Przecież on żyje, nie mógł umrzeć! - krzyknęła Alice, wbiegając do salonu.
- Spokojnie! Alex żyje. Ale jest zamknięty w celi na zamku Eve.
Jack spuścił głowę,a Alice zaklęła pod nosem i zamknęła oczy. Przez chwilę Jack myślał, że się modli.
- Bruno, chciał mu pomóc, ale gdy już się wydostali z podziemi i uciekali, rycerze Eve złapali go. Na szczęście Bruno był już za murami i przybyliśmy tutaj. Po pomoc, ale musimy się spieszyć! Eve chce... chce zabić Alexa.
Dziewczyna spuściła wzrok na swoje dłonie. W pokoju zapadła cisza. Jack wstał i chodził po pokoju. Alice ani nie drgnęła gdy czajnik z zagotowana wodą zaczął gwizdać. Kobieta podeszłą do stolika, na którym leżał telefon i podniosła słuchawkę. Jack popatrzył na nią i zapytał:
- Gdzie dzwonisz?
- Do Kate. Szybko musimy ja przemienić. Będzie miała dużo energii i pomoże nam. Później zadzwonię do kilku znajomych czarownic i... Uda nam się.
- To dobry pomysł. - powiedział chłopak. - Dobra! Musimy coś robić! Kate nie będzie mogła przyjść już teraz, więc idź spać, ciociu. Gdzieś przenocujemy Bruna i Chelseę. musimy mieć dużo energii, więc... Więc idziemy spać. Miejmy nadzieję, że Aleksowi nic się nie stanie przez jedną noc. - powiedział zmartwionym tonem.
- Mam sojuszników w mieście. - powiedziała Chelsea. - Pomogą nam.
Wstała i poprawiła swoją idealnie gładką pelerynę. Jackowi przypomniała się biała, długa sukienka, którą czarownica miała w dzień jego przemiany. Wtedy też wyglądała pięknie. I pokazał mu różę, która wyrosła na jej dłoni. To było wspaniałe, pomyślał.
- Kate już wie. Jack zaprowadź Chelseę i Bruna na górę i wskaż im pokoje a ja jeszcze zadzwonię w kilka miejsc. - powiedziała, kiedy wybierała kolejny numer na tarczy telefonu.
Zostawili kobietę w salonie przy telefonie i ruszyli na górę. Jack wskazał Chelsii jej pokój i poszedł z Brunem dalej. Otworzył drzwi i wpuścił chłopaka do środka.
- Zaraz wrócę. - rzucił i pognał na dół.
Zauważył, ze Bruno nic jeszcze nie powiedział. Ciekawe.
- Alice! - krzyknął.
- Tak? - zapytała wychylając się zza drzwi lodówki.
Z szerokim uśmiechem zapytał cioci:
- Co z moją mamą, Claire i Charliem? Pewnie nie wiedzą gdzie jestem...
- Zadzwoniłam, do twojej mamy, od razu gdy wyszedł Alex. Powiedziała, że dziś zostajesz u mnie.
- Dzięki! - ucałował ciotkę i pobiegł na górę.
Drzwi do pokoju Chelsii były zamknięte więc poszedł do pokoju Bruna. Chłopak siedział na łóżku i rozglądał się po pokoju. Gdy zauważył Jacka w drzwiach spłoszył się i odwrócił się do niego plecami.
- Ile masz lat? - zapytał zaciekawiony.
- 18. - chłopak odpowiedział i popatrzył na drzewa za oknem.
- Też mam 18 lat. Wyglądasz na przestraszonego. O co chodzi?
- Boję się. - chłopak odwrócił się do Jacka i spojrzał mu w oczy.- Naprawdę się boję.
- Czego?
- Boję się, że oni coś mu zrobią. - powiedział. Zniżył głos do szeptu - Boję się, że go zabiją tak jak zabili całą moją rodzinę...
Jack nie wiedział co powiedzieć. Odwrócił wzrok i patrzył w kąt. Nie wiedział co powiedzieć w takiej sytuacji. Chłopak westchnął i odwrócił się do okna.
- Teraz tylko on jest moją rodziną. Jest kimś kto dał mi szansę życia z dala od tych kreatur chodzących po całym zamku i chcących od ciebie krwi... A teraz siedział tam sam, nie wiadomo w jakiej celi. Jeśli jeszcze żył.
Jack błyskawicznie stanął obok niego i złapał za rękę.
- Nie masz prawa mówić, że on nie żyje! Znam go od kilku dni, ale poznałem go dobrze i wiem, że to przeżyje. A my mu pomożemy. I zabijemy każdego kto skrzywdził nie tylko jego, ale tez ciebie. I całą resztę ludzi, którzy nic złego nie zrobili. Zrozumiałeś?
- Tak. Rozumiem.
Przybili sobie piątki i Jack ruszył do drzwi.
- Do jutra! Wypocznij, musimy odbić naszego przyjaciela! - powiedział i już chciał wyjść, ale Bruno go zatrzymał.
- Jack! - krzyknął.
- Tak?
- Dzięki. - powiedział z uśmiechem.
Wilkołak odwzajemnił uśmiech i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi i pomaszerował do pokoju, w którym zawsze nocował, gdy zostawał u ciotki. Trzeba się wyspać. Jutro wielki dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz